Maria Peszek - Miasto Mania
lipiec 7, 2008

Z puzzli, domów, samochodów i wind
Mieszkańców, mętów, przekrętów
Psów, sklepów, dyskotek i kin
Szpitali, cmentarzy i gliniarzy
Bazarów, browarów i kiosków
Hipermarketów, gadżetów
Pseudofacetów i superkobitek
Moje miasto w przestrzeni rozbite
Maria Peszek, polska aktorka i piosenkarka, w kwestii muzycznej, zalicza się do nielicznego grona artystów wychodzących, bądź starających się wyjść poza pewne bariery, ramy i szarości ogólnie narzucone, przekraczając granicę w której muzyka zyskuje na osobowości, przybiera formę, duszę. Czyni to w sposób nieznacznie dwuznaczny, poprzez liryczną stronę twórczości, grą słów, znaczeń podejmuje pewne tematy należące do sfery tabu społecznego, jednakowoż wyzbywa się wulgarności, robiąc to delikatnie, ciepło, kobieco.
nie mam czasu na seks
a tak bardzo chciałabym mieć
nie mam czasu na kochanie
na piepszoty całowanie
tęsknota we mnie siedzi
jak drucik z miedzi
się żarzy parzy i parzy
parzy i parzy
parzy i parzy
parzy i parzy
„Miasto Mania” album wydany w 2005 roku, pokrótce jest to odrobinę melancholijna poezja śpiewana, okraszona lekkim jazzowym, czasami chilloutowym brzmieniem. Psychodelicznie umiarkowana, jednocześnie energiczna i lekka, choć treściwa, co jest aspektem o tyle znaczącym, o ile chcemy znaleźć w muzyce coś więcej niż rozrywkę. Wszechstronność nadaje utworom pewnej uniwersalności, niezależnie od stanu ducha, oczekiwań, każdy powinien odnaleźć coś swojego, interesującego, urzekającego, pięknego. Wszechobecna kobiecość, burzliwa, zmienna, nastrojowa, to niewątpliwa zaleta twórczości. „Moje miasto” kawałek na kilka chwil przenosi nas na wieczorne, ruchliwe ulice bliżej nieokreślonego miasta, towarzyszą nam odgłosy butów uderzających o brukowy chodnik, zgiełk samochodów, zapach starego tramwaju, ciepło bijące od asfaltowej jezdni, migające światła, zapalających się latarni, szumiących drzew, policyjnych syren, wszechobecnej szarości blokowisk i prosty wokal podkreślony delikatnym brzmieniem gitary i skrzypiec, dopełniony chórem, nadającym głębi, nastrojowości. Natomiast „Pieprzę cię miasto” to przeciwieństwo poprzednio opisywanego utworu, próba przeciwstawienia się organizacji, schematom, społeczności, nietrwałości.

Paradoksalnie przy tak ogromnej wielowątkowości, wszystko zdaje się być minimalistyczne, ułożone i ustalone, nie uświadczymy tu elementów zbędnych. Dowodzi to faktu, iż materiał został dokładnie przemyślany, niczym w wielkiej układance, gdzie każdy element z pozoru chaotyczny, odpowiednio dopasowany, tworzy idealną całość. Niewątpliwie jest to umiejętność dość rzadka, zwłaszcza w dzisiejszych czasach. Wokal, nie jest tak charyzmatyczny, czy melodyjny jak chociażby Beth Gibbons, jednak doskonale oddaje klimat i przesłanie krążka. Przepełniony ciekawością, świeżością i przyjemnością, sprawia, że muzyka porywa, nabiera treści, Piosenkarka, twórczość, album zdecydowanie godny polecenia, co czynię z ogromną radością, naprawdę warto.
ja i ty nocne miasta ćmy
ty i ja dziwne miasta dwa
niczego więcej nie chcę
niczego nie muszę
niczego już nie szukam
ProzaKc Blues
czerwiec 6, 2008

I
Jakiż ten świat przeraźliwie smutny!
Dobrobyt rośnie, technika się rozwija, powstają nowe, wspaniałe, wspaniałe dzieła sztuki. Jest Muzyka! Jest Telewizja! Radość, radość, radość!
A jednak coś - jakaś złośliwość niecna tego świata - każdą kolejną stację rozwijającej się cywilizacji dusi, a każdą kolejną z tych licznych radości oferowanych przez ten świat gasi - nim ta na dobre się rozpali!
Jakiż ten świat przeraźliwie smutny!
Smutne są komputery, smutne są ekrany tv. Smutne są drzewa i psy, wszystko jest nad wyraz smutne. Nędzne odbicia szczęścia.
Zwierciadła czasu, względności, paradoksów ludzkiego bytu.
Gdy czar prostej zabawy był szczęściem. Teraz multum wymyślnych obiektów rozrywki nuży.
Gdy kromka chleba była posiłkiem. Teraz najwykwintniejsze potrawy stają w gardle.
Anhedonia?
Przesyt?
Wszystko jedno. Kogo to interesuje? Po co znać przyczynę, skoro w masie niepotrzebnych słów wybrzmiewa jeden wniosek, efekt wszystkiego, nad czym człowiek się trudził:
JAKIŻ TEN ŚWIAT PRZERAŹLIWIE SMUTNY!
II
Cóż, obudziłem się tego ranka w chmurze desperacji. Przeczesałem ręką głowę i wyrwałem pukiel zmartwionych włosów.
Dawno temu, w zamierzchłych i przeklinanych po dziś dzień czasach mówiono, że liczy się dobro grupy, tej bezkształtnej masy społeczeństwa. Że Wszyscy znaczą więcej, niż Jednostka. Jak to teraz absurdalnie brzmi!
Z najnowszych badań nad materią wynika, że więcej znaczy 1. niż 2. 1 + 1 może się równać 2 (zatracić swoją samodzielność i unikalną wartość), może też równać się 0. Liczy się ta wspaniała liczba nad liczby:
1
Po co się powtarzać. Wie to każdy.
Udoskonalajmy więc świat dla potrzeb 1! Niech 1 będzie szczęśliwa, zapchana żarciem do nieprzytomności i rozbawiona po wszystkie czasy.
I nastał zmierzch, i nastał poranek. Dzień ósmy. I łudził się człowiek, że to, co robi jest dobre.

III
Rozmawiałem o tym z różnymi ludźmi. Podobno za dużo czytam. To doprowadza do depresji.
Udokumentowano, że ludziom nie można pomóc, nigdy się ich nie zadowoli. Dlaczego? Bo mają wszystko, można jedynie od nich wziąć.
On, znawca w tych sprawach, powiedział do mnie jeszcze: „musisz zobaczyć świat takim, jakim naprawdę jest - cyrkiem pełnych świrów i klaunów”.
Uszczęśliwi człowieka już tylko chemia.
Bodźce naturalne są już za słabe dla ludzi, nie wywierają na nich wrażenia. Czym jest łąka? Pyłkami. Czym jest słońce? Zbyt gorącą koniecznością. Człowiek?
Dobro jest już dla człowieka zbyt wydelikacone. Zbyt finezyjne i lekkie. Ludzie potrzebują szczęścia takiego, jak uderzenie pięścią w twarz. Siły!
prozak, prozak, prozak, prozak
IV
Well, I woke up this morning and I shaved off my head.
By the time I realized what I had done I was already dead.
I went to see the gatekeeper who was standing by Heaven’s door,
he said, ‘I hope you brought a good supply of… you know’
***
Częstokroć jednak jeden utwór potrafi głębiej przemówić do słuchacza niż kompletny album (czy nawet dwa). Taki stosunek można spotkać na wielu płytach, których zaletą jest jeden bardzo dobry, singlowy utwór. Wada - pozostała część piosenek to perfidne „zapychaje” lepszej lub gorszej jakości. Raczej gorszej. Ale… w tym przypadku jest inaczej - genialny zespół, bardzo dobra płyta i piosenka, która ostatnio cały czas krążyła gdzieś po moim umyśle.
Nie przemówiła do mnie od początku. Wpierw była zamknięta, hermetyczna, obca, wyizolowana. Starałem się ją odkryć, poznać. Słyszałem dźwięki i przekształcony głos.
Lecz później ProzaKc Blues się otworzył. Od słów opowiadających historię nieszczęśliwego człowieka, który szukając zagłuszenia bólu uzależnia się od leku, po muzykę - najdziwniejszy blues, jaki słyszałem - blues przepełniony silną barwą karmazynu.
Dido - Life for Rent
maj 21, 2008

Przyznam szczerze, że nie gustuję w tego rodzaju muzyce, oczywiście staram się nie ograniczać tylko do jednego gatunku, czy zespołu. Muzyka, sława opiera się na publice, więc niemożliwe jest osiągnięcie sukcesu, jednocześnie tworząc muzykę, o której słyszeli tylko sąsiedzi, najbliższa rodzina i pies, mówiąc prościej, muzyka popularna ma swoje plusy i minusy, pierwsze to zysk, któremu towarzyszy jakość, druga to zysk, zysk i jeszcze raz, zysk.
Dido, popularna, nieco uzdolniona piosenkarka, moim zdaniem, jest to dość duży plus, zwłaszcza, że popularność i sława nie wynika z zamieszania, czy pozorowanych skandali, a kwintesencji muzyki, czyli umiejętności śpiewania, okraszonej interesującą barwą głosu. Każda kolejna płyta odnosi sukces komercyjny, sprzedaż kopii liczona w milionach, ale nie oznacza to, że ilość kreuje jakość.

“Life for Rent” płyta dość stara, można powiedzieć, że jest to pozycja wyjęta prosto z szafy, cała pokryta kurzem, niemalże skamielina. Pierwszy utwór, musiałem zobaczyć nazwę i odtworzyć ponownie, “White Flag”, jest typowym, nośnym otworem puszczanym w większości stacji, przyjemny wokal, liryczne przesłanie praktycznie nie istniej, jakieś pseudo poetycki bełkot o miłości, podkład dość prosty, ale ma w sobie coś urzekającego. “Stoned”, odrobinę inna konstrukcja, żwawszy rytmicznie, standardowa zawartość, pokuszę się na stwierdzenie, że w jakimś stopniu odpręża i wpada w ucho. Tytułowy utwór “Life for Rent”, monotonia, bliźniaczo podobny do “White Flag”, czy “Don’t Leave Home”, co prawda jest spokojniejszy, ale to ciągle ten sam krój, różniący się materiałem. “Who Makes You Feel”, “See the Sun”, “Do You Have a Little Time ” jestem pozytywnie zaskoczony, wyróżniają się od reszty, przełamując nieznacznie monotonię, zwłaszcza drugi z wymienionych kawałków, który rozdzielony jest dość długą przerwą, interesujący zabieg, pozornie mamy dwa utwory w jednym i nareszcie można zaobserwować odejście od standardowej koncepcji, jednopoziomowego wokalu. Dziwi nieco brak jakichkolwiek oznak, chęci zabawy głosem, wokalem, eksperymentowania, wprowadzeni czego nowego, a przecież pani ta posiada możliwości, które są marnowane i nieodpowiednio wykorzystywane. Pozostałą zawartość, określiłbym mianem zapychacza, nijakie i pozbawione duszy. Dochodzimy do najważniejszej kwestii, o ile pojedyncze kompozycje podczas jednorazowego odsłuchu, jako część większego, różnorodnego zestawu, prezentują się dość znośnie, o tyle, kilkakrotne przesłuchanie całego albumu, przysporzyło mi jedynie ból głowy.
Dido, a właściwie Florian Cloud de Bounevialle Armstrong, zaliczam do kolejnego zmarnowanego talentu, który przynosi zyski i posiada popularność, ale twórczość nie niesie niczego wartościowego, interesującego. Większość jest smętna, bezsensowna, pusta. Jestem całkowicie świadom, iż muzyka popularna, rozrywkowa nie musi łamać barier i rewolucjonizować gatunek, ale dlaczego musi być tak schematyczna i bezbarwna ?
Stanowczo nie polecam, tylko dla zagorzałych wielbicieli i fanów, reszta może ograniczyć się do audycji radiowych, gdzie utwory tej pani, stanowią obowiązkową zawartość ramówki.
Portishead - Third
kwiecień 24, 2008

“Portishead”, znakomity zespół tworzący muzykę będącą mieszanką trip hopu, elektroniki i chilloutu, dopełnianą niezwykłe melodyjnym głosem Beth Gibbons. Nie minąłbym się z prawdą, jeżeli stwierdziłbym, że jest to jedna z najbardziej uzdolnionych wokalistek ostatnich lat, wokal dosłownie przeszywa zmysły, pochłania, mani i otula powodując, iż stajemy się częścią dźwięków, muzyki. Kawałki „Roads”, „Glory Box” czy „Humming” to sztuka, kwintesencja zmysłowości, to uczucia, emocje, życie.
Po niemalże jedenastoletniej przerwie, ostatnia płyta „Portishead”, nie licząc „Roseland NYC Live”, która jest nagraniem „live”, wydana została w 1997 roku, powstaje zupełnie nowy, trzeci już album zatytułowany „Third”.

„Third” znacznie różni się od swoich sióstr „Dummy” i „Portishead”, to zupełnie odmienne, świeższe podejście, chęć tworzenia, energia i pasja towarzyszą niemalże każdemu dźwiękowi, kawałki są szybsze, energicznie, żywiołowe, to zderzenie nowoczesności i tradycyjnego nurtu, jakim podążali artyści. Płyta zawiera jedenaście utworów, każdy stanowi oddzielną historię, urzekającą i piękną, „Deep Water, prosty podkład, wokal dopełniony chórkami stylizowanymi na lata 50, odrobinę psychodeliczny „Plastic” czy „Machine Gun” to twórczość zupełnie nie mieszcząca się w ryzach „starego” Portishead, natomiast „Magic Doors” czy „Nylon Smile”, dosłownie chwytają za serce, doskonały przekaz emocji, niepewności, zdają się być ukłonem w stronę dotychczasowego dorobku. Urzekł mnie „The Rip”, melodyjny, spokojny wokal połączony z dynamicznym podkładem, niczym ocean przed burzą i jeszcze bardziej utwierdził mnie w przekonaniu, że Beth Gibbons to geniusz wokalny, a Geoff Barrow zasługuje na miano multiinstrumentalisty.
Jedenaście lat, to niemalże wieczność, zwłaszcza w przemyśle muzycznym, czy warto było czekać ? Zdecydowanie tak, twórcy postawili na rozwój, przełamali barierę monotoniczności. Zespół i jego twórczość wiele zyskała, przeszła renowację i przemianę, jednocześnie nie tracąc korzeni, to w dalszym ciągu stary, dobry Portishead. Szkoda, że zajęło im to tak wiele czasu…
Tool - Undertow
marzec 24, 2008



“kłopot polega na tym
że krzyk wymyka się formie
jest uboższy od głosu
który wznosi się
i opada
krzyk dotyka ciszy
ale przez ochrypnięcie
a nie przez wolę
opisania ciszy “

